24 godziny temu byłam sfrustrowaną dziewczynką, której ludzie robili z mózgu absolutną wodę. A przecież tyle razy była mowa: nie zwracamy uwagi na ludzi. Herm, niżej już nie upadniesz. Nie stoczysz się jeszcze bardziej.
A teraz... teraz znów jestem kobietą, która chce trzymać Vogue'a pod pachą i popijać latte z cynamomen. Znów pragnę wielkomiejskości. Znów chcę być. Nade wszystko.
A to tylko głupie 37 minut, przez które wylałam wszystkie swoje żale i frustracje, wcale nie oczekując zrozumienia.
Ale je dostałam. Głupota nie boli, więc wciąż jest. A ja? Ja nadal czekam na księcia z bajki i wciąż wierzę, że jeszcze wiele się zmieni.
Ale Curious utopiło się na dnie szuflady.
Teraz czas na Kenzo.
Miesiąc
Takiej przerwy w pisaniu chyba jeszcze nie było. Nie będę oceniała czy to dobre, czy wręcz przeciwnie. Po prostu stało się tak, że nadmiar uśmiechu nie pozwalał wylewać emocji tutaj. Chciał zachować je dla siebie, za wszelką cenę nie dopuścić do tego, by ktokolwiek mógł ukraść coś tak cennego, tak wspaniałego, tak... utęsknionego.
To był październik. Cudowny październik. Skończyłam osiemnaście lat, wróciłam do dawnych ideałów, z marnym skutkiem, ale jednak. Zrozumiałam coś bardzo ważnego: Jesteś, kiedy potrzebuję byś Był, nie wtedy kiedy chcę. Nie jesteś głupia fanaberią, ale najlepszym przyjacielem. Jesteś elementem składającym się na sens życia, przeszłością i przyszłością. Nie mogę odbierać Ci prawa do marzeń, chcąc spełniać własne. Najpierw Twoje marzenia, Ich marzenia. Później moje.
Powiedziałeś ostatnio, że za szybko wybaczam. Że jestem dla ludzi, ludzie dla mnie nie. Siedzieliśmy wtedy we dwoje, jak zwykle płakałam, przecież jestem beksą nad beksami, a Ty powiedziałeś tyle wspaniałych rzeczy. Że czekamy na zmiany, że trwamy i trwać będziemy, choć ten inny świat nieuchronnie się zbliża. To były wspaniałe cztery dni z wielkim efektem deja vu, które jednak zabiłam, nie pozwoliłam mu wszystkiego zniszczyć. Rekompensowaliśmy sobie niedobory, wiedząc doskonale jak wygląda prawda. To znaczy... wydaje mi się, że wiem.
Wczoraj przez chwilę się zastanowiłam. Bo może zbyt szybko się ucieszyłam? Kiedy dookoła widzę spojrzenia pełne żalu i współczucia, po czym słucham o tym jak idealni w swojej nieidealności jesteśmy, a jednak wciąż osobno... Za serce chwyta poczucie wyrzutów sumienia. Straconego czasu, dumy, reputacji. Przecież dla mojego samowystarczalnego charekteru byłeś moralnym samobójstwem. Nie mogłam upaść niżej niż do poziomu błagania o każdą minutę, która upływała zbyt szybko, choć chciałab by trwała wiecznie. Dlatego wczoraj bardzo zabolała mnie myśl, że kiedy spotkamy się za 15 lat i powiem Wam, że jestem szczęśliwą mężatką z dwójką dzieci, Wy i tak nie będziecie wierzyli, że kiedykolwiek znalazłam odrobinę czasu, chęci i silnej woli, by pokochać kogokolwiek innego. Ale miłość nabiera innego wyrazu po pewnym czasie. Miłość to miłość, owszem. Ale miłość miłości nierówna. Dziś, nie wyobrażam sobie, by można było kogokolwiek, kiedykolwiek kochać mocniej. Ale przecież jutro będzie inaczej. Każde jutro przynosi coś nowego. Każde.
Nie mów mi więc, że nic się nie zmieni. Nie wylewaj swoich wewnętrznych obaw, które są przecież tak podobne do moich własnych. Nie obarczaj mnie winą, nie zabijaj wyrzutów sumienia rozmową ze mną. Ach tak "rozmowa jest dobra na wszystko". Jest. To przecież moje przesłanie życiowe, o którym być może kiedyś Ci opowiadałam. A jeśli nie... czy to telepatia, przeznaczenie? Mamy ze sobą tak wiele wspólnego, rozumiemy się bez słów. Więc, kiedy mówię Ci, że będzie dobrze to właśnie tak będzie, bo mogę poświęcić więcej niż wszystko, by tak się stało.
Choć teraz często zapominam o priorytetach w postaci Was, w postaci rodziny, nauki, marzeń... to jest mój czas do zrealizowania własnej osobowości po dwóch latach życia w złotej klatce. Bo przecież było idyllicznie. Tak cudownie jak jeszcze nigdy wcześniej. Ale "cudownie" to wyraz względny. Zawsze może być cudowniej.
Właśnie tak jest. Nadeszła chwila, w której jestem nieprzyzwoicie szczęśliwa, bo choć brak tego pierwiastka pewności przyszłości, perspektywicznego myślenia, że będzie ktoś, kogo będę kochać do końca świata i jeden dzień dłużej... Jesteś Ty. Twój pesymistyczny realizm czasem boli, tak bardzo jak wczoraj. Ale ja przecież wiem swoje. Wiem, że świat wciąż się kręci i będzie się wciąż kręcił, póki będziemy wierzyć, że się uda. I nade wszystko Będziemy.
Kocham Cię po przyjacielsku najbardziej na świecie. A Ty kochasz mnie. I choć to egoistyczne, nie ma dla mnie większej wartości.
Dorosła.
Ta notka powinna być o tym jak zmieniło się życie i w jakich barwach je postrzegam od 72 godzin. Jest inaczej? Nie jest. Mam jednak poczucie, że zmieniło się coś, co zmienić się nareszcie powinno. Ktoś. Ja.
Zmieniły się wartości. Choć pozostałeś priorytetem, obok Ciebie pojawiło się też moje imię. Moje wyrachowanie, wredota i egoizm zaczęły na nowo odżywać. Stwierdziłam, że ja tu dyktuję warunki, to moje życie, ja wiem z kim chcę się przyjaźnić, kogo chcę kochać.
Piszę coraz mniej. Czuję coraz stateczniej.
Jesteś. Jestem. Jesteśmy dorośli. Nie chcemy, by cokolwiek się zmieniało.
Liczy się coś więcej?

